Społeczeństwo

298. Czas zawalczyć z pandemią w Kościele

Na Deonie ukazał się ostatnio tekst ojca Dariusza Piórkowskiego „Ojciec Szustak ma rację. Dotychczasowy model działania Kościoła się załamał„. Tekst jak i wypowiedź ojca Adama Szustaka na którą powołuję się autor dają do myślenia i trudno się z nimi nie zgodzić.

Choroba Kościoła

Kościół instytucjonalny choruje to fakt. Kościół w Polsce, o czym pisałem tu na blogu przy okazji recenzji książki „Łobuzy”  Grzegorza Kramera i Piotra Żyłki zapadł na szczególny rodzaj choroby. Wielu jest bowiem duszpasterzy, zwłaszcza tych już zaawansowanych w kapłaństwie- będących obecnie proboszczami, biskupami, a więc tych którzy mają władze, co nie potrafią sobie z tą chorobą poradzić, sami bowiem są wirusem tej choroby zarażeni.

Wirus, który zainfekował Kościół

Tak jak pisze ojciec Piórkowski, tego wirusa chciał już wytępić Sobór Watykański II, wirusa wypełniania procedur, nakazów, odhaczania kolejnych wytycznych przez wiernych i duchownych, głównie ze strachu przed grzechem a nie z miłości i chęci relacji z Bogiem. Ten wirus ma jednak jeszcze jedno główne oblicze to wirus wyższości kościoła instytucjonalnego nad Kościołem, wirus podejścia chyba po trosze zakorzenionego jeszcze z czasów feudalnych- my hierarchia i wy ciemny lud. Jasne, trochę przesadzam i generalizuje, ale ileż to razy spotkamy ze strony ludzi kościoła instytucjonalnego z podejściem przesiąkniętym takim feudalnym duchem. Duchem, który tak dalece odbiega od ducha Ewangelii. Nie krytykuje przy tym sam fakt stawiania wymagań, konieczności wypełniania przez wiernych pewnych obowiązków, podporządkowywania się decyzjom duchownych, ale krytykuje formę, styl, sposób przedstawiania pewnych wymogów oraz krytykuje sam fakt  niejednokrotnego patrzenia jedynie na suche przepisy bez rozeznawania ich w konkretnych życiowych sytuacjach pod kątem celu którym przecież winno być doprowadzenie wiernych nie do obrzędów i religijności, ale do żywej i szczerej relacji z Bogiem.

Chorujemy wszyscy

Trzeba nam jednak nie krytykować tylko instytucjonalnego kościoła, takim myśleniem przesiąknięty jest cały Kościół, także my wierni. Czy nie prościej jest nam wypełniać pewne obrzędy niż starać się o budowanie relacji. Czy nie łatwiej odmówić dziesiątej różańca niż spędzić z Bogiem chwilę na adoracji i porostu z Nim pogadać? Wiarę może zabijać także bezmyślnie odmawiana modlitwa, czy inne obrzędy. Ale ile prościej jest odhaczać taką bezmyślną modlitwę?

Nudne kazania

Tak samo duchowni. Ile im prościej jest odhaczać kolejne Eucharystie odprawiane od tak bo trzeba, ile prościej jest powiedzieć homilię bez zastanowienia się na ile te słowa mogą trafić do konkretnych odbiorców, na ile przystają do aktualnej sytuacji i czy w ogóle są na temat czytań z danego dnia. Fajnie jest zapełnić czas słuchającym wplatając w treść homilii piękne wiersze, interesujące cytaty ze świętych- tak modnym ciągle jest Jan Paweł II czy ostatnio kardynał Wyszyński i nie dbać o to czy treść tej przemowy będzie zjadliwa dla odbiorców, czy raczej przypominać będzie teologiczną rozprawkę, mądrą ale niezrozumiałą dla przeciętnych zjadaczy chleba.

Taki Kościół jest Kościołem umierającym, Kościołem wypełniania obrzędów a nie budowania relacji. Kościołem który się zwija.

Pandemia obnaża

Pandemia zmienia nasz  świat, zmieni też Kościół. Mam wrażenie, że to zwijanie będzie szybsze. Zresztą czas Pandemii tak bardzo pewne kwestie w naszym Kościele obnażył. Obnażył jacy jesteśmy obrzędowi i strachliwi. To strasznie niegodnym przyjmowaniem Komunii Świętej, ta dyskusja o tym czy Komunia Święta może przenosić wirusa, to negowanie decyzji biskupów.  Pamiętam jak w Dzienniczku Siostry Faustyny kilkakrotnie są napisane słowa Jezusa, że większą radość niesie mu wypełnianie posłuszeństwa względem przełożonych przez siostrę Faustynę, nawet jeśli nakazy przełożonych nie są słuszne, niż działania wbrew tym nakazom, nawet jeśli to działanie jest słuszne. A ilu z nas tak bardzo przywiązało się do obrzędów, że nie wykonało poleceń biskupów?

Pandemia zmieni Kościół. Pewnie nie wróci do niego część tych co przywiązani byli do tradycji i obrzędów, to rodzi obawy, ale ktoś może powiedzieć, że to dobrze, bo przecież dojdzie do swoistego oczyszczenia. Z tekstu ks. Piórkowskiego można wywnioskować, że ta masowość Kościoła rodzi te przywiązanie do obrzędowości a nie do pielęgnowania relacji z Bogiem. Może więc rezygnacja z masowości będzie czymś co sprawi że Kościół będzie niejako mniejszy ale większej wiary. Tylko czy to nie pycha? Oni odejdą bo utracili wiarę, my lepsi zostajemy?

Rezygnacja z misyjnego charakteru Kościoła

No i druga rzecz, czy to nie rezygnacja z misyjnej działalności Kościoła? Kościół ma głosić Ewangelię i nawracać, wszystkich wszędzie i w każdych warunkach. Największą chorobą Kościoła, największym skutkiem ubocznym wirusa o którym pisałem wyżej jest własnie rezygnacja z misyjnego charakteru ewangelizacji. Ze smutkiem obserwuje tą rezygnację, teraz w czasie Pandemii w moim mieście i niestety mojej parafii.

Należę do jednej z większych parafii w moim mieście. Jako jedyna parafia zachowuje się jak gdyby nigdy nic. Czasem wchodzę sobie na stronę internetową tej parafii. Ogłoszenia jak co niedzielę z tą różnicą iż podaje się że może w Mszach uczestniczyć taka czy siaka liczba osób, albo że nie może nikt jak podczas Triduum. Kościół zamknięty, bez jakiejkolwiek inicjatywy w tym trudnym czasie. Tymczasem internet daje tyle możliwości. Z kilku Kościołów w naszym mieście w internecie prowadzona jest transmisja on line wszystkich wydarzeń religijnych, Nie zrezygnowano w Wielkim Poście nawet z Gorzkich Żali, ale je celebrowano przy pustym kościele i transmitowano, w innych gdy było to możliwe- i teraz ponownie – organizowano całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu, zapewniano- przy spełnianiu wymogów sanitarnych, możliwość spowiedzi czy komunii świętej, jeszcze inne parafie uruchomiły swoje profile na portalach społecznościowych gdzie zamieszczano różne filmiki, czy inne treści. Moja parafia pozostała zamknięta. Ogłoszenia wskazują nawet że nic szczególnego się nie dzieje w zewnętrznym świecie. To jest właśnie zamknięcie się w sobie, w starym świecie, w utrwalonych i utartych torach myślenia, że to wierni mają przyjść do Kościoła, a jeśli nie przychodzą to do tych co przyszli powie się że tamci nieobecni grzeszą, czeka ich kara, a jeśli teraz nie przyszli to ok- przecież jest dysponza grzechu nie ma. Sprawa załatwiona. Takie zamknięcie w starych torach myślenia i działania, powoduje że Kościół przestaje być zdolny do głoszenia i prawdziwej Ewangelizacji. Czy zatem tacy duchowni, którzy nie wykazują żadnej inicjatywy ewangelizacyjnej, misyjnej winni pozostawać na pierwszej linii frontu? Być proboszczami, którzy nadają ton ewangelizacji? Może tutaj czas na przegląd szeregów i zmiany.

Pandemia jest szansą

Pandemia niesie także nadzieje. Od początku pandemii, oglądam transmisję z sąsiedniej parafii, akurat parafii jezuickiej. Nazywam ją już swoją. W ostatnią niedzielę proboszcz tamtej parafii powiedział, że dzięki transmisji „uczestniczyło” w obrzędach Wielkiego Tygodnia tak dużo osób, że ich Świątynia nie mogłaby tylu pomieścić. Kilkaset urządzeń odbierających transmisję wideo pomnożonych w większości o ileś osób w rodzinach daje ogromną liczbę wiernych. Ojciec wyraził taką nadzieje, że to rodzinne oglądanie mogło sprawić, iż ktoś kto od lat nie uczestniczył w Triduum, wziął w tym roku, co prawda, w niedoskonały sposób, w nim udział.

To jest właśnie to misyjne działanie Kościoła. Myślę sobie, że dzięki wielu ludziom Kościoła, którzy nie przespali tego czasu Pandemii, ale wzięli się do roboty, jak np ojcowie Jezuici z tej mojej ale  sąsiedniej parafii i wykorzystując dobrodziejstwo internetu głosili tym którzy pozostali w domach Dobrą Nowinę, po Pandemii tych którzy odejdą zastąpić mogą inni, Ci którzy wrócą, może po latach- spragnieni Eucharystycznej bliskości Boga.

1 thought on “298. Czas zawalczyć z pandemią w Kościele”

  1. O jakże prawdziwy ten tekst, jak wyraźne są w nim prawdy o obecnej sytuacji….w mojej parafii. Młoda parafia, zaledwie 8 lat. Południe Polski, więc teoretycznie mocne korzenie chrześcijańskie, katolickie. Teoretycznie. Od kilku dni rozważam pójście na mszę święta „na żywo”. Nie mam głodu bycia w murach, brakuje mi zwyczajnie ludzi. Codziennie uczestniczę w transmisjach internetowych jednak tęsknota za przyjaciółmi, znajomymi jest coraz większa. Z pokorą przyjęłam wszystkie wytyczne episkopatu i nie ubolewam nad ograniczeniem mojej wolności. Nie szukam w tym wszystkim co obecnie ma miejsce żadnych podtekstów, teorii spiskowych itd , słucham. Jestem wdzięczna wspólnotom, które potrafią i chcą, zadbać o nasza duchowość poprzez media. Każdy znajdzie to, co go interesuje. Jak dobrze, że są parafie które transmitują mszę święta, kapłani czy ojcowie zakonni, głoszący poprzez vlogi. To wszystko mnie buduje. Niestety o swojej parafii nie mogę napisać nic pozytywnego. Dzisiaj proboszcz wykrzyczał po jednej z mszy, że on komunii na rękę nie dawał i nie będzie dawał a ludzie mają się pilnować sami. Ma dość donosów i więcej się tym nie będzie zajmował (nie wiem czym). Więc nie pójdę szybko, bo będę się bała podejść do komunii. To drobiazgi, bo można pojechać do okolicznych kościołów, większych, gdzie bez problemu mieści się odpowiednia liczba wiernych, gdzie nikt nie zabije mnie wzrokiem za komunię na rękę…. To nie tylko problem wirusa COVID 19 to inny wirus toczący naszą duchowość. Czy za kilka dni, tygodni idąc do mojej parafii będę czuła jedność i przynależność do wspólnoty? Może wyraźniej dostrzegę to na co do tej pory przymykałam oko? Może będzie odczuwalny większy chłód i dystans? Chcę się mylić i poczuć po powrocie jedność, zarówno z wiernymi jak też proboszczem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *