Rozdział Państwa od Kościoła, to oczywistość. Nie wyobrażam sobie by, podczas Eucharystii kapłan w homilii czy ogłoszeniach agitował za tą czy tamtą partią polityczną lub – w przypadku nadchodzących wyborów- tym czy tamtym kandydatem.
Czy jednak ludziom Kościoła w ogóle nie wypada wypowiadać się o sprawach politycznych?
Tu dochodzimy do wielu przypadków rozpolitykowanych kapłanów, którzy nie tyle że w świątyniach, ale publicznie na ten czy inny sposób wypowiadają swoje preferencje polityczne lub w ten czy inny sposób agitują. Cóż kapłan jak każdy inny ma prawo do swoich poglądów i do wypowiadania ich a w sytuacji gdy nie stoi w ornacie przy ołtarzu to wypowiada się nie jako Kościół ale jako on… zwykły powiedzmy ks Kowalski.
Czy jednak, tak jest do końca?
Niekoniecznie. Kapłan nie przestaje być kapłanem, gdy odchodzi od ołtarza. Idąc na spotkanie z Bogiem nie mogę bać się tego, że ten czy inny kapłan będzie mnie agitował politycznie, to nie jego rola. Idąc dalej, uważam iż agitacja polityczna poza Kościołem także jest nie na miejscu. A posługiwanie się przez duchownych językiem dzisiejszej polityki, gdzie nie występuje wymiana argumentów ale wymiana inwektyw i pogardy dla przeciwników politycznych jest dla mnie niedopuszczalne.
Czy jednak to oznacza, że ludzie Kościoła, duchowni mają milczeć nawet w ważnych sprawach politycznych czy światopoglądowych? Oczywiście że nie.
Księża mają prawo i to niezależnie od tego czy przy ołtarzu czy wszędzie gdzie indziej, do jasnego wskazywania jakie postawy są zgodne z nauką Jezusa a jakie nie. Tak np w sporze o to czym jest małżeństwo, w kwestii aborcji, eutanazji ale także poszanowania praw kobiet, godności drugiego człowieka, praw ludzi pracy, w każdej sprawie, w której próbuje się uchwalić złe niszczące ludzkie sumienia i postawy prawo, księża nie tyle mogą ale powinni jasno i precyzyjnie się wypowiedzieć. Trzeba jednak podkreślić iż, te wypowiedzi nie mogą być wypowiadane w taki sposób by inaczej myślący czuli się pogardzani, odrzucani, ośmieszani.
Kościół ma prawo i obowiązek nauczać w jaki sposób żyć, by nie grzeszyć, by się zbawić. Ma zatem także prawo i obowiązek walczyć o to by odpowiednie prawodawstwo było uchwalane. Nie oznacza to jednak zgody na sojusz tronu z ołtarzem, czy opozycji do tego tronu z ołtarzem. Taki sojusz oznacza bowiem przymykanie oczu na złe prowadzenie się strony wspieranej czy złe inicjatywy, działania. Taki sojusz nigdy, na dłuższą metę nie przynosi korzyści dla jednej i drugiej strony, a zwłaszcza dla Kościoła. Taki sojusz- co dobitnie pokazują ostatnie lata- szkodzi Kościołowi.
Kościół nie może zatem milczeć w ważnych sprawach dla Polski, ale jego głos winien być wypowiadany umiejętnie, a tego w ostatnim czasie ewidentnie ludziom kościoła zabrakło.


Problem tkwi w hierarchii. Księdzu NIE WOLNO wypowiadać się wbrew nauce Kościoła. Kiedy się zatem wypowiada w jakiś sposób, to nie mamy pewności, czy sam tak myśli, czy powtarza formułki. A kiedy napotyka na punkt, w którym nauka KK jest nieadekwatna do rzeczywistości, to czy sam jej nie rozumie, czy nie ma odwagi przyznać, że „w tym punkcie KK błądzi/nie wypowiada się”.
Pozdrawiam.