Jak to mogło wyglądać? Pewnie trochę tak, jak na filmie Pasja. Wąskie uliczki Jerozolimy. Zaciekawiony tłum, w większości wrogo nastawiony. Niesamowity gwar, gwizdy, śmiechy, jakieś przepychanie się. W takim oto otoczeniu Jezus dźwigał swój Krzyż. Najpewniej na swoich ramionach miał jedynie poprzeczną belkę.
Brak mu było sił. Nie dawał już rady. To nie tylko ciężar jaki niósł go przytłaczał, ale też ślady na jego organizmie pozostawiła wcześniejsza męka: był od kilkunastu godzin przetrzymywany, przesłuchiwany, biczowany, wyszydzany. Był pewnie zatem bardzo osłabiony. Tak wycieńczony człowiek ledwie pewnie szedł, a co dopiero dźwigał tak duży ciężar. Pewnie dlatego do pomocy zaciągnięto Szymona. Jezus upadał, ale nie poddał się.
To dla nas lekcja byśmy i my nie poddawali się w znoszeniu swoich własnych krzyży. Niema bowiem osoby, która przeżyła by życie usłane różami, by nie spotkała w nim jakieś niepowodzenia, ciężary, przykre chwile. Ważne by wziąć je z godnością, by się nie poddać. Warto wpatrywać się tu w Zbawiciela, On się nie poddał. Wiedział, że po tym okrutnym czasie nastanie radość wielkanocnego poranka. U nas będzie tak samo, trzeba tylko odnieść swój krzyż do celu.
Jutro 5 tajemnica bolesna

