W wielu Kościołach w Polsce w najbliższą sobotę, będzie można uroczyście rozpocząć modlitewny szturm o uratowanie dziecka zagrożonego aborcją.
Jestem przekonany, że dzieło duchowej adopcji dziecka poczętego zagrożonego zagładą- bo tak brzmi oficjalna nazwa, przynosi olbrzymie owoce. Siła modlitwy ma przecież olbrzymią moc. Dla nas duchowa adopcja to przecież tylko 1 dziesiątek różańca i krótka dodatkowa specjalna modlitwa. To takie minimum. Prawda że to nie wiele? Dla wielu matek, dla ojców, dla tych bezbronnych dzieci- ta nasza niedoskonała modlitwa może być wielkim wsparciem.
Znalazłem w internecie piękne świadectwo dziennikarki Polskiego Radia Małgorzaty Bartas-Witan , którego fragmenty przytoczę poniżej:
Kilka lat temu, kiedy byłam już mamą trójki wspaniałych dzieci – Marty, Bartka i Basi, byliśmy wspólnie z ich tatą Marcinem na corocznych rodzinnych wakacjach nad morzem. (…) Kilka miesięcy wcześniej rozpoczęłam duchową adopcję dziecka poczętego, modląc się za jakąś mamę, której trudno będzie przyjąć swoje dziecko…. (…) Nie minęła jeszcze połowa naszego wakacyjnego pobytu, gdy odkryłam że…. po raz kolejny będę mamą. Była to absolutnie ostatnia myśl, jaka przyszłaby mi do głowy. (…)A ja bardzo się bałam. Jak ja mam to powiedzieć mojemu mężowi? Dowiadując się o kolejnych dzieciach zawsze stawał mężnie wobec wieści o ich pojawieniu się w naszym życiu, więc nie miałam podstaw, by myśleć, że teraz będzie inaczej. Jednak bardzo się bałam. To go przerazi. On tego nie uniesie. Skąd takie myśli? I jeszcze inne. Prozaiczne, zawstydzające. Samochód na sześć osób!? Reakcja otoczenia, w tym naszych rodziców!? Oboje jesteśmy jedynakami, więc aura wielodzietnej rodziny już była dla niektórych z nich trudna do przyjęcia. No i jeszcze jedno – ja jestem już przecież za stara na dzieci. Oboje jesteśmy za starzy. Wyrośliśmy z pieluch. Kiedy to maleństwo będzie miało 10, 15 lat, my będziemy już prawie staruszkami… Z tymi i innymi myślami zmagałam się sama przed dwa dni. (…) W moich oczach łzy, truchlejące serce i… pokusa „twardego karku”, natarczywy podszept: „Po co ci to teraz? Wszystko się tak dobrze układało. TO zburzy wszystko…”. Ogarniająca panika. (…) Po powrocie do domu – badania, karta kolejnej ciąży i pierwszy nowy komunikat. Dodatkowe badania ze względu na mój wiek. Badania USG. To synek – dobra wiadomość (Maryja „mówiła” o synku). Ale to jedyna dobra wiadomość, bo później…. Same dziwne i coraz bardziej przerażające informacje. Dużo „nieprawidłowości”. Trzeba szybko robić następne badania, bo nie ma dużo czasu. Nie ma dużo czasu? Na co? W drodze powrotnej do domu towarzyszyły mi biblijne słowa: „w łonie matki utkałeś mnie, dziękuję Ci Boże, żeś mnie tak cudownie stworzył…”. Paradoksalne wobec tego, co przed chwilą słyszałam z ust lekarza: TO wygląda bardzo źle…, tu: utkałeś JE Boże tak cudowanie i ukryłeś w moim wnętrzu. Przed chwilą widziałam je na monitorze… (…) Kilka dni później – najdotkliwsze i najstraszniejsze spotkanie z „lekarzem” wskazującym palcem na wyniki badań. Trisomia w jednej z par chromosomów. Genetyczny Zespół Edwardsa. Nie daje szans na przeżycie po urodzeniu. Błąd natury. Do eliminacji. Zaraz, zaraz – panie doktorze – Mówimy o moim dziecku… Zimne spojrzenie. Pogardliwy ton obojętności – „Głupia” kobieto. Jakie dziecko? Decyzja o podtrzymywaniu TEGO spowoduje tylko dłuższe i większe jego cierpienie. Cierpienie – czyje? Kto będzie cierpiał, skoro podobno nie ma tu dziecka? Za drzwiami kilkanaście innych kobiet czekających na podobną rozmowę. Starsze, młodsze, same, z mężem albo przyjaciółką. I nagle zrozumiałam co się tu dzieje. Pranie mózgu. Żerowanie na przerażającej bezradności zdezorientowanych niespodziewaną sytuacją kobiet zderzonych z cyniczną obojętnością stróża „czystości natury” albo bezdusznych badaczy klinicznych przypadków. Pamiętam jedną młodą dziewczynę jak wybiegła z gabinetu z płaczem, a za nią jej struchlała mama… Ja wyszłam „strzepując” z siebie ten diabelski nalot, ze swoistą złością dającą mi nową siłę do walki nie tylko o nadzieję, ale także przeciw machinie systemu świadomie działającego przeciw życiu, którego istnienie nie tylko sobie uświadomiłam, ale teraz dojmująco doświadczałam osobiście. (…) Podejmując duchową adopcję dziecka poczętego możemy nawet nie przypuszczać, jakie ta modlitwa za nienarodzonych ma znaczenie. I dla kogo. Na pewno dla dziecka, którego tu na ziemi prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Za jego mamę, tatę…. Ale może nie tylko za nich? Może modlimy się wtedy także za siebie samych? Tak jak ja wtedy. W tej historii „mojego” Michałka doświadczyłam – podobnie jak jego tata i jego rodzeństwo – siły modlitwy. Wielu dziesiątek serdecznych ludzi, którzy jak wałem ochronnym otoczyli nas modlitwą. Ale przeczuwam też, że wróciła do mnie moja własna modlitwa, którą na kilka tygodni przed poczęciem Michałka podjęłam za dziecko niespodziewanie poczęte i mamę, której trudno będzie je przyjąć…
Całość tego pięknego świadectwa możecie przeczytać na portalu powerbank4life.com KLIKNIJ TUTAJ
Zatem w najbliższą sobotę, gdy w wielu Kościołach w Polsce będzie można rozpocząć duchową adopcję, odważ się i TY. Powalcz o jedną konkretną bezbronną istotę i jej rodziców. Siła modlitwy jest ogromna.

