Tagi

, , , ,

„Małżeństwo szczęśliwe to wspólnota dwóch osób przebaczających sobie” mówił kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Tylko tak trudno przebaczać, przecież on lub ona tak bardzo mnie skrzywdził i jeszcze trudniej prosić o przebaczenie i przyznać się do błędu bo to takie nie honorowe. Przebaczenie to tymczasem olbrzymi dar, a jeśli jest wzajemny stwarza siłę walki o jedność związku. 

Gdy patrzę na moje małżeństwo, to mógłbym się z żoną rozwieść co najmniej kilkukrotnie. Pewnie ona ze mną także. Nie nie chodzi o to że naruszyliśmy jakieś podstawowe wzajemne obowiązki, ale takie małe błędy, są jak cząstki padającego zmrożonego śniegu, który z czasem powoduje gołoledź.

W małżeństwie chodzi o to by tą gołoledź roztapiać jak najszybciej. Zaobserwowałem, na sobie- że tym łatwiej przebaczać im więcej między nami jest takich chwil o jakich pisałem przed tygodniem. Takie piękne momenty, tylko dla siebie, łączą tak bardzo- że potem samo wspomnienie o nich kruszy lody nawet największej epoki lodowcowej. Dlatego warto walczyć o tą wieź i pielęgnować więź miedzy małżonkami, bo czym silniejsza więź tym mniejsze przeszkody, albo tym łatwiej burzyć te przeszkody.

Czym większa więź, to też, tym łatwiej rozmawiać. Bo kłótnia to rzecz normalna, ale gdy emocje opadną kłótnie trzeba wyjaśnić. Czasem podczas takiej rozmowy, prowadzonej już bez emocji okazać się może, że po pierwsze to nie ona zachowała się jak kretyn, ale ja sam. Taka rozmowa jest, więc czymś to wzmacnia miłość i więź. Będzie to jednak tylko wtedy, gdy oboje zrezygnujemy ze swojej własnej pychy.

Pycha to chyba coś, co jest podstawowym powodem rozwodów. No bo:

  • ja mam się przyznać do tego, że ona miała rację? ! A w życiu!
  • ja mam go przeprosić?! Nie ma na to szans. On powinien o mnie zabiegać!
  • ja pierwszy nigdy nie wyciągnę ręki, nie dam jej tej satysfakcji!
  • zachował się jak kretyn i teraz myśli że zwykłym przyznaniem się do winy i przeproszeniem załatwi sprawę, on jeszcze popamięta!

Pycha!

A potem się zaczyna, wzajemne urazy krzyżują się i tłoczą. Zamiast szczerej, otwartej rozmowy, mamy wymianę wzajemnych pretensji wzmacniane bombami z przeszłości, w stylu: „jak mogłeś, wtedy u Ani tak się do mnie zwrócić?! Kiedy, u jakiej Ani? No na roczku jej syna, 5 lat temu”

Zaczyna się samobójstwo. Jeśli zapomnimy, że małżeństwo to najważniejsza, chrześcijańska wspólnota, to wspólnota w której, oprócz małżonków, między Nimi jest Chrystus, to zaczynamy walczyć o to kto w tej wspólnocie ma rację! Tylko co Ci z Twojej racji? Co Ci z tego że wygrasz z Nim, Nią jakąś małżeńską bitewkę, jak razem przez to przegracie wojnę o szczęśliwe wspólne życie. 

Warto więc pamiętać, podczas wszystkich sporów, kłótni z żoną lub mężem, że odkąd jesteś w małżeństwie, nie ważny jesteś Ty. Wstępując w związek małżeński dobrowolnie zrezygnowałeś z części Twojego „TY”. Będąc w małżeństwie ważne jest to „MY” Wszystkie więc spory i kłótnie, nie mają prowadzić do wygrania jednej czy drugiej strony ale mają prowadzić o wygranej waszego małżeństwa.

W takiej optyce, łatwiej jest przebaczać i podejmować wspólne szczere rozmowy, które rozwiążą problem, a nie wasze małżeństwo.

Warto rozmawiać i warto przebaczać, warto wyjaśniać, warto też opowiadać drugiej osobie o tym co nam się nie podoba. Takie rozmowy, nawet poprzedzone olbrzymią kłótnia, są czymś co wzmacnia a nie dzieli.

Za tydzień kolejna część „Postu we Dwoje.” Zapraszam już w sobotę z samego rana.