140. POST WE DWOJE: małżeński tor przeszkód

„Małżeństwo jest symbolem życia, realnego życia, nie jest fikcją! Jest sakramentem miłości Chrystusa i Kościoła, miłości, która w krzyżu znajduje swój sprawdzian i gwarancję” Papież Franiciszek. Pisząc o małżeństwie, nie można więc zapominać o trudnościach, sprawdzianach i krzyżach, które każde małżeństwo prędzej czy później spotka. 

W dniu Ślubu byłem chyba najszczęśliwszym facetem pod słońcem, a na pewno najszczęśliwszym facetem na moim weselu.  Gdy oglądamy z żoną album z naszego Ślubu widać, że obok ogromnego stresu, bije z nas ogromna radość.

Było pięknie… Wiem, że to banał, ale nie mogę nie napisać: to był najszczęśliwszy dzień w moim życiu.

Pamiętam jak w jednej z audycji: „Dzieci wiedzą lepiej” w radiowej Trójce jakieś dziecko na pytanie co to jest ślub, wypaliło: „To ostatni szczęśliwy dzień w ich życiu” Chodzi oczywiście o życie małżonków.

Czy miało w tym rację? Wszystko zależy od podejścia.

Małżeństwo to wybór. Sam, dobrowolnie zrezygnowałem z części mojej wolności i z części swojego Ja, sam postanowiłem, że będę walczyć z moim egoizmem, lenistwem i że odtąd w pierwszej kolejności będę myślał o naszym wspólnym dobru, a w drugiej dopiero o moim. Tak wybrałem, a więc dlaczego dalsza część życia pozbawiona ma być szczęśliwych dni z osobą, którą przecież sam wybrałem na towarzyszkę mojego życia?

Dużo zależy od nastawienia.

Jeśli się w związek małżeński wstępuje z myślą, że tak trzeba, albo biorąc sobie za hasło przewodnie zawołanie części sfrustrowanych małżonków: „czemu ma być mi lepiej niż im” (tym sfrustrowanym), bądź w bardziej hardcorowej formie: jak nie wyjdzie to się rozwiodę, to faktycznie małżeństwo będzie tylko nieprzyjemnym czymś co uwiera i ogranicza.

Jeśli jednak małżeństwo, będzie dla ciebie świadomym wyborem, powołaniem i sakramentem, i będziesz wkładać w nie całe swoje serce, to może stać się niezwykle pasjonującą, choć nie zawsze łatwą przygodą życia.

Po ślubie, przez pierwszych klika tygodni, żyłem jak na jakimś haju. Poziom endorfin w moim mózgu na pewno stanowczo przekraczał wszelkie normy. Ten haj po jakimś czasie opadł i przyszła szara rzeczywistość i wkrótce potem wielki bum. Kilka tygodni po ślubie pękło między nami i to bardzo. Nie pamiętam już o co poszło… pamiętam że było bardzo nie fajnie.

To nawet nie było docieranie to była równia pochyła, by wszystko co zbudowaliśmy do tej pory zaprzepaścić. Nie było łatwo, ale wytrzymaliśmy ten pierwszy sprawdzian. Dostaliśmy po głowie może od tego z rogami. Nie wiem. Wytrzymaliśmy. I gdy kryzys minął uświadomiliśmy sobie jak dużo moglibyśmy stracić i jak bardzo się kochamy.

To była wielka nauka. Rozmowa nie przychodziła wówczas tak łatwo, rozczarowanie, złość momentami były silniejsze. Na szczęście nie zabrakło nam jednak zdrowego rozsądku. Dziś tamte chwile są tylko wspomnieniem, czymś z czego się śmiejemy, ale także czymś co wiele nas nauczyło.

Czasem jednak małżeństwo jest jak tor przeszkód. Z racji wykonywanego zawodu, obserwuje wiele rozpadających się maleństw. Są takie, które nie umiały wspólnie tych przeszkód pokonać, bo jedna strona nie miała już siły drugiej przez te przeszkody przeciągać, albo nawet jak przeciągała to współmałżonek tą pomoc odrzucił.

Bo czasem jest tak, że on lub ona pobłądzą i po to wtedy jest współmałżonek by tej drugiej osobie pomóc. Pojawia się choroba,  załamanie wtedy można liczyć na wzajemne wsparcie.

Czasem współmałżonek ucieka w uzależnienia, zachowuje się wbrew temu co ślubował. Jest znęcaczem, alkoholikiem, narkomanem. Współmałżonek nie może się wtedy na taką sytuację godzić i znosić to jako swojego krzyża. W imię sakramentu małżeństwa powinien zawalczyć o jego lub ją. Zrobić wszystko by wyrwać do z nałogu, ze zła w które się wplątał, ale ma obowiązek też walczyć o swoją godność i nie pozwalać się poniżać.

Znam taką parę małżeńską, w której ona przez kilka lat walczyła z nałogiem swojego męża. Wielu mówiło odejdź od niego, to dziad, zasługujesz na kogoś innego. Ona jednak postanowiła inaczej. Udała się do specjalistów. Pod nadzorem osób znających się na rzeczy postępowała z uzależnionym mężem. On na szczęście widząc jej zaangażowanie i miłość odpowiedział na to. Z czasem poddał się leczeniu.  Od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt już lat, a on jest osobą na wysokim stanowisku i nikt by nie powiedział że jest AA. Razem tworzą szczęśliwą parę. Miłość małżeńska pokonała nawet uzależnienie.

Pokona wszystko, ale tylko wtedy gdy obie strony będą chciały z łaską sakramentu współpracować. W imie wspólnego dobra zrezygnują z własnego ja. W powyższym przykładzie ona nic by nie zdziałała, gdyby on w swej pysze nie zrozumiał że sam sobie nie poradzi że musi się leczyć i że, jak mówił: dla niej (swojej żony) muszę stać się trzeźwy. Zrobił to dla niej, ale zyskał także on. Dziś pełni wysokie stanowisko urzędnicze. I zyskali oni razem. Ocalili swoją miłość.

Za tydzień kolejna część cyklu „Post we Dwoje” Zapraszam w sobotę z samego rana.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *