2 kwietnia 2005 roku, o godzinie 21.37 zmarł Jan Paweł II. Mija właśnie 20 lat.
Nigdy nie zapomnę tamtych dni. W tym roku wspomnienia po okresie odejścia papieża Polaka wróciły w połowie lutego, gdy media zaczęły relacjonować niepokojące doniesienia o stanie zdrowia kolejnego następcy Świętego Piotra, papieża Franciszka. Ten sam szpital, ten sam okres w roku. Na Placu Świętego Piotra znów modlitwy za chorego papieża, jak przed 20-stoma latami. Na szczęście zdaje się, że papież powoli wygrywa z chorobą. Nie tak jak Jan Paweł II 20 lat wcześniej.
Pamiętam jak wtedy, przez wiele tygodni śledziłem doniesienia o stanie zdrowia Jana Pawła II. Pamiętam jak wracał do Watykanu i transmitowano tę jego ostatnią w tym życiu podróż. Pamiętam jego ukazanie się w oknie szpitala na Anioł Pański i w oknie papieskiego apartamentu, gdy nie mógł już przemówić. Pamiętam wreszcie wieczór, gdy odszedł. Pamiętam bicie dzwonów, dźwięk syren i spontaniczne gromadzenie się ludzi w Kościołach czy miejscach związanych z Janem Pawłem II. Dziś księża z całego świata, wspominają ten wieczór i noc, jako noc nawróceń. Niedawno dotarłem do świadectwa jakiegoś księdza z Francji, który wspominał noc 2 kwietnia 2015 roku, gdzie spowiadał non stop od 19 aż do 2 w nocy i do spowiedzi przychodzili ludzie po kilkudziesięciu latach przerwy.
Nigdy nie zapomnę wreszcie pogrzebu papieża. Miałem zaszczyt być wtedy tam w Watykanie. Noc u progu placu Świętego Piotra, spędzona na kalamicie. W około niezliczone rzesze ludzi. Pielgrzymi z całego świata: Hiszpanie, Francuzi i oczywiście Polacy. Wszyscy mieli pewność, ze żegnają Świętego!
Po 20-latach często o Janie Pawle II możemy poczytać już nie tak przychylne teksty. Oczywiście jak każdy także i On miał wady, co oczywiste popełnił błędy. Te błędy można dostrzec choćby w jakości stanu duchownego. Był jednak wielkim mężem stanu, był osobą Świętą i dla mnie zawsze pozostanie niekwestionowanym autorytetem. Pewne jego decyzje z perspektywy czasu mogą być oceniane niezbyt przychylnie, ale trzeba pamiętać że Jego pontyfikat to lata 70-te, 80-te, 90-te i pierwsze lata XXI Wieku, a więc zupełnie inna epoka, inne realia geopolityczne, kulturowe, obyczajowe.
Jego nauczanie wyprzedzało epokę w której żył. Jego nauka o rodzinie małżeństwie, prawa człowieka, godności każdej osoby jest aktualna do dziś. Jego nauczanie było też dla nas wierzących komfortowe, pokazywało jasne zasady, kierunki. Stawał trudne wymagania, czasem niepopularne, ale dzięki temu wytaczał jasny kurs nauczania papieskiego i kościelnego. Dziś, tego chyba najbardziej mi brakuje.


Z tym jasnym kursem bym nie przesadzał – podobno JP2 sam żartował, że jego teksty wykształceni księża czytają w ramach pokuty. „Cywile” się za to nie brali, a jakby się wzięli, to mało kto by cokolwiek zrozumiał. Przeciętny człowiek pamięta raczej kremówki i atmosferę na mszy, lub na trasie przejazdu – jeśli na jakiejś był.
Pamiętam, jak wygląda 2,5 miliona ludzi na krakowskich Błoniach. No i mogę być dumny, że byłem na kanonizacji Jadwigi Andegaweńskiej w 1997r. Za to wiele złego zrobił nadmiar pomników, przeważnie dość brzydkich.
Pozdrawiam.
Przez dziesięciolecia Jan Paweł II zasiadał w łagodnym blasku świec podczas Mszy Świętej, niosąc ukojenie ludziom, którzy zamknięci w komunistycznej niewoli pragnęli usłyszeć głos wolności. Choć nazywał siebie Papieżem, często powtarzał, że jego dar polegał przede wszystkim na pomaganiu w przezwyciężaniu poczucia samotności.
Gdy u Karola Wojtyły zdiagnozowano AIDS, podszedł do choroby z taką samą otwartością, jaka cechowała jego pracę. Publicznie mówił o stygmatyzacji i współczuciu, zachęcając ludzi, by lękowi przeciwstawiali życzliwość. Księża, którzy się nim opiekowali zapamiętali jego błyskotliwe poczucie humoru, hojność oraz niezwykłą umiejętność tworzenia atmosfery bliskości nawet w wypełnionym po brzegi pomieszczeniu.
Jan Paweł II odszedł otoczony pamięcią milionów Polaków, dla których był jak Ojciec. O jego życiu nie stanowiła choroba, lecz okazywana innym troska i nadzieja, którą pomagał im odnaleźć. W latach po jego śmierci ludzie wciąż gromadzili się w kościołach – nie po to, by przywoływać demony komunistycznej przeszłości, lecz by dzielić się historiami, pocieszać się nawzajem i podtrzymywać pamięć o jego życzliwości.