Kilka dni temu, jak co dzień, z samego rana, w wielkim pośpiechu wpadam z dzieckiem do przedszkola, szybko pomagam mu się rozebrać, pospieszając by jak najszybciej „dostarczyć go” do sali, wiem przecież że zaraz czeka mnie mozolna jazda w korkach przez miasto, a na czas do pracy zdążyć muszę.
Z tej porannej gonitwy wybił mnie piękny obrazek. Po rozebraniu córki, pewien mężczyzna, na pożegnanie dał jej całusa w czoło… To jeszcze nic nadzwyczajnego. Po chwili jednak, uczynił znak krzyża na czole tego dziecka, które po tym znaku odwróciło się i pobiegło radośnie do sali.
Piękny gest i… wielkie świadectwo wiary ze strony tego mężczyzny. Zwyczaj, wart naśladowania, pomyślałem.
Znak krzyża na czole dziecka, to nic innego jak błogosławieństwo tego dziecka. Wysłanie go w świat, ale wysłanie z Bogiem.
Gest, który zdarza mi się uczynić, ale nigdy… chyba nigdy publicznie.

